Pomagali zabić kolegę. Zostali skazani na 25 lat
Wrocławski sąd apelacyjny utrzymał w czwartek wyroki 25 lat więzienia dla Marka Andrzejewskiego i Mateusza Skrzypińskiego. To kara za pomoc w zabójstwie 17-letniego Maćka Witkowskiego w styczniu 2007 roku w Złotoryi
- O tej zbrodni nie można powiedzieć inaczej niż zaplanowana z premedytacją i sprawnie przeprowadzona egzekucja kolegi, który im ufał, niczego się nie spodziewał i w celu zabawy poszedł z nimi do lasu - mówił w uzasadnieniu wyroku sędzia Bogusław Tocicki.
Sąd podkreślił, że Marek Andrzejewski był najbliższym kolegą Maćka, jadał nawet obiady w jego domu. Także Mateusz Skrzypiński i Michał Piwoński chodzili z nim do jednej szkoły o profilu wojskowym. A jednak postanowili go zabić. Bo rozpowiadał ludziom o wymyślonym przez Piwońskiego fikcyjnym Zakonie Stowarzyszenia Dragon, do którego wszyscy chcieli należeć. No i za często rozmawiał z dziewczyną Piwońskiego.
Zaplanowali, że zbrodni dokonają 25 stycznia, aby następnego dnia - tuż przed feriami - zobaczyć, jaka będzie reakcja na nieobecność Maćka. Podczas ferii ludzie mieli zapomnieć o zniknięciu chłopca. Zniknięciu, bo o jego śmierci nikt nie miał się dowiedzieć.
W przeddzień zabójstwa Mateusz saperką, choć była zima, wykopał daleko w lesie dół o wymiarach 180 na 80 i 35 cm. Marek zaś zadzwonił do Maćka i przypomniał mu o treningu ich tajnej grupy - wspólnie ćwiczyli sztuki walki.
- Tego dnia Maciek był przeziębiony, miał nie iść do szkoły, ale po telefonie Andrzejewskiego poszedł - przypominała w czwartek w sądzie Dorota Marciniak, mama Maćka.
Marek z Maćkiem uciekli z ostatniej lekcji. Dołączyli do Mateusza i Michała, poszli do lasu. Marek wziął rękawice i kominiarkę, Mateusz saperką odgarnął śnieg z dołu, Michał miał przy sobie nóż.
Maciek nie bał się, myślał, że to zabawa, nie bronił się. Michał z Markiem skrępowali mu ręce i nogi, włożyli na głowę kominiarkę. Kazali klęknąć nad dołem. Michał wyciągnął nóż. Chciał, aby to Marek poderżnął Maćkowi gardło. Ten odmówił: - Popier...ło cię?! - miał powiedzieć. Więc Michał sam to zrobił.
Maciek prosił, aby go nie zabijali. Michał wrzucił go charczącego do dołu i kilka razy dotkliwie uderzył saperką, aż przestał się ruszać. Zakopał go z Markiem, zatarli ślady. Mateusz w tym czasie stał na czatach kilkadziesiąt metrów dalej i ze słuchawkami na uszach słuchał muzyki. Mateusz wyrzucił nóż do rzeki, a Maćka klucze do śmietnika koło komendy policji.
Kiedy trwały poszukiwania chłopaka, pomagali w nich. Ciało Maćka znaleziono jednak dopiero w kwietniu, przypadkiem.
Legnicki sąd najpierw skazał ich wszystkich na 25 lat więzienia: Michała, prowodyra, za zabójstwo (z zastrzeżeniem, że może wyjść najwcześniej po 22 latach odsiadki) a Marka i Mateusza za współsprawstwo.
Równo rok temu, 22 lipca 2009 roku, Sąd Apelacyjny we Wrocławiu utrzymał wyrok dla Michała, ale uchylił w stosunku do Marka i Mateusza. Chciał, by sąd pierwszej instancji ponownie rozważył, jaki był ich udział w zbrodni.
W marcu sąd legnicki skazał ich znowu na 25 lat więzienia, ale za pomocnictwo do zabójstwa. Od tego wyroku odwołali się ich obrońcy. Przemysław i Zdzisław Kulczyccy, adwokaci Mateusza, w ponadgodzinnym wystąpieniu próbowali w czwartek przekonać sąd, że Mateusz nie wiedział, iż dojdzie do prawdziwego zabójstwa. Mówili, że chłopak myślał, iż to tylko ćwiczenia obserwowane przez niewidzialnych członków Zakonu. Próba, którą ma przejść, aby do niego wstąpić, a która zakończy się tylko nastraszeniem Maćka. Również obrońca Marka przekonywał, że nie wiedział on o tym, że Maciek naprawdę ma zginąć.
Sąd nie dał wiary tym tłumaczeniom. - To prawda, że dla nich miała to być próba, ale polegająca na zabiciu kolegi - uzasadniał sędzia Tocicki. - Świadomie godzili się na nią i jej dokonali. A o ich demoralizacji świadczyć może dodatkowo fakt, że Andrzejewski został skazany niedawno na pół roku więzienia za oblanie współwięźnia wrzątkiem po twarzy.
Wyrok jest prawomocny. Teraz skazanym pozostaje już tylko kasacja do Sądu Najwyższego. Piwoński już ją złożył.
- Cieszę się, że wyrok został utrzymany, że to się wreszcie skończyło - mówi Dorota Marciniak, która samotnie wychowywała chłopaka.
Źródło: Gazeta Wyborcza Wrocław